Świadectwo Marka - Relacja z ojcem

Relacja z naszym ziemskim ojcem, siłą rzeczy największym i najważniejszym autorytetem w pierwszych latach naszego życia, od którego uczymy się bezrefleksyjnie wtedy, kiedy najdynamiczniej kształtuje się nasza osobowość, staje się dla nas tym, czym jest system korzeniowy dla drzewa. Rozbudowany i silny system korzeniowy pozwala drzewu czerpać niezbędne do wzrostu składniki, jest źródłem jego siły, a także utrzymuje w pionie rozrastające się drzewo, nadaje mu stabilność i tym samym bezpieczeństwo.

Z moim systemem korzeniowym nie było dobrze. Gleba w której chciałem zapuścić korzenie okazała się skałą. Mój ojciec był niedostępny przede wszystkim emocjonalnie ale i fizycznie, praca zawodowa pochłonęła go bez reszty.

W wieku trzydziestu lat, kiedy przekroczyłem pierwsze progi procesu nawrócenia, zaczęła mi towarzyszyć modlitwa w której pragnąłem uzdrowienia relacji z ojcem. Z większym lub mniejszym natężeniem towarzyszyła mi przez kolejne lata. Modliłem się wtedy ponieważ czułem się winny, czułem się złym synem, który nie potrafi kochać tego, który dał mu życie. Nosiłem w sobie emocje które były wbrew temu, co proponował czwarty punkt dekalogu, emocje sprzeczne z wizerunkiem dobrego chrześcijanina, jakim usilnie chciałem się stawać. Nie potrafiłem w głębi serca przebaczyć.

I tak mijały lata mojego małżeństwa, minęło ich sześć i jednocześnie pięć lat mojego ojcostwa, i dotarłem do miejsca w którym rozczarowanie i gorycz złego wypełniania obu tych ról mogła zmaterializować się rozstaniem z moją żoną, szczerze powiedziawszy było beznadziejnie. Rozpocząłem terapię która była dla mnie najcięższą pracą jaką wykonywałem dotychczas w życiu, a byłem przez wiele lat m.in. agentem ubezpieczeniowym. Tą pracę nad sobą potraktowałem jako dodatkowy etat.

Po niespełna roku intensywnego odkrywania prawdy o sobie, burzenia i usuwania, misternie tworzona budowla, tworzona często z przypadkowych elementów, kolos na glinianych nogach, czyli mój wizerunek, mój charakter, moje algorytmy przetrwania zaczęły rozpadać się. To co zobaczyłem już po kilku miesiącach, kiedy opadł kurz i część trudnych emocji, to powracająca jak bumerang, moja niespełniona relacja z ojcem. Zobaczyłem też i ponazywałem szereg wzorców rodzinnych które zabrałem bezrefleksyjnie z domu a które nie służyły moim relacjom z żoną, dzieckiem. Były one tkanką z której powstały schematy moich reakcji, zachowań, były dotychczas częścią mnie. Zobaczyłem też obrazy z dzieciństwa które wyparłem ze świadomości, dziwnym trafem przypominały to, co robiłem w dorosłym życiu i czego najbardziej się wstydziłem. Teraz, jeśli chciałem budować szczere i otwarte relacje, potrzebowałem je wyrwać sobie z samego środka. W tym czasie zaprzestałem kontaktu z domem rodzinnym, nie było sensu. Z otwartej rany zaczął sączyć się gniew i nienawiść którą tłumiłem, przed którą uciekałem od trzydziestu lat. Chciałem konfrontacji i wymierzenia sprawiedliwości temu który mnie, moją siostrę i brata oraz moją matkę traktował w tak poniżający sposób. Te emocje sączyły się miesiącami, traciłem już nadzieję że to się skończy, prosiłem Boga aby mi pomógł, chciałem iść dalej.

Nastąpił w końcu przełom, zaczęła się rodzić we mnie potrzeba pojednania, pragnienie okazania szacunku temu zagubionemu i poturbowanemu przez życie człowiekowi którym jest mój ojciec. Pragnienie wysłuchania go i okazania mu akceptacji, pomimo jego racji pełnych samousprawiedliwiania których nie toleruję już u siebie. Zobaczyłem że mój ojciec był synem który, dokładnie tak jak ja, nie otrzymał prawie nic w relacji ze swoim ojcem. Już pora zatrzymać proces przekazywania długu z pokolenia na pokolenie. Pragnienie pojednania stało się realne, przestać obwiniać a okazać życzliwość, być dla niego dostępnym i opowiedzieć mu jeszcze raz, tym razem bez trudnych emocji, jak na Niego czekałem całe moje dzieciństwo i młodość np. wtedy gdy wzrokiem poszukiwałem bezowocnie jego osoby na trybunach boiska na którym rozegrałem kilka sezonów piłki nożnej.

Dzisiaj Bóg czyni mnie zdolnym nieść miłość, zrozumienie i akceptację tam, gdzie jej nie było i wiem, że jest to niezbędny krok na drodze do pełni uzdrowienia mnie, mojego człowieczeństwa, mojego męstwa i ojcostwa. Przez wiele lat chciałem być przemieniony w cudowny sposób na modlitwie, Bóg jednak wierzył we mnie, nie chciał mnie wyręczać, pozwolił mi wiele rzeczy przepracować samemu, uzdrawia mnie w procesie ciężkiej pracy nad sobą, w terapii. Wiedział że sobie poradzę. Dzisiaj zapuszczam moje korzenie dzięki relacji z Ojcem niebieskim.

Marek